Pa­stor Pa­weł Cieślar

2p
Pastor Pa­weł Cie­ślar: Uro­dzi­łem się w Wi­śle, w ro­dzi­nie wie­rzą­cej, na rok przed za­koń­cze­niem wojny. Ży­li­śmy bar­dzo skrom­nie, po­nie­waż oj­ciec sam pra­co­wał na utrzy­ma­nie dzie­wię­cio­oso­bo­wej ro­dziny, a za­ra­biał nie­wiele w miej­sco­wym tar­taku. W ta­kiej sy­tu­acji cała ro­dzina mu­siała ciężko pra­co­wać na ma­łym go­spo­dar­stwie w gó­rach. Przez cały okres mo­jego wieku dzie­cię­cego i szkol­nego nie mie­li­śmy w domu świa­tła elek­trycz­nego, bie­żą­cej wody, ła­zienki czy ubi­ka­cji. Do ogrze­wa­nia słu­żył je­den piec ku­chenny, a do oświe­tle­nia jedna lampa naf­towa, przy któ­rej wie­czo­rami wszyst­kie dzieci od­ra­biały lek­cje w kuchni przy jed­nym stole, oczy­wi­ście po skoń­czo­nej pracy w polu czy w lesie.

Po od­ro­bie­niu lek­cji sprzą­ta­li­śmy wszystko ze stołu i wraz z ro­dzi­cami bra­li­śmy swoje Bi­blie i obo­wiąz­kowo uczest­ni­czy­li­śmy w ro­dzin­nym na­bo­żeń­stwie wie­czor­nym. Tato czy­tał Słowo i po­da­wał krót­kie wy­ja­śnie­nie na ten te­mat. Po­tem klę­ka­li­śmy i każdy z nas po ko­lei mo­dlił się na głos. Po­nie­waż cho­dzi­li­śmy do szkoły około 5 ki­lo­me­trów w jedną stronę, a po po­wro­cie do domu mu­sie­li­śmy ciężko pra­co­wać aż do wie­czora, zda­rzało się, że ktoś z nas, dzieci, za­snął cze­ka­jąc na swoją ko­lej do mo­dli­twy. Mu­siał wtedy zo­stać obu­dzony i za­wsty­dzony przed wszystkimi.

W każdą nie­dzielę cho­dzi­li­śmy do ko­ścioła. Od wcze­snego dzie­ciń­stwa by­li­śmy wy­cho­wy­wani w bo­jaźni Bo­żej i wiel­kim sza­cunku do Słowa Bo­żego i mo­dli­twy. To było bar­dzo do­bre przy­go­to­wa­nie do ko­lej­nego etapu – oso­bi­stego nawrócenia.

Kiedy mia­łem nie­spełna 15 lat, na po­czątku roku w na­szym zbo­rze mie­li­śmy „Ty­dzień mo­dli­twy.” Pa­mię­tam jak wie­czo­rem 3 stycz­nia 1959 roku sie­dzia­łem na ławce i nie mo­głem po­wstrzy­mać się od pła­czu, słu­cha­jąc Słowa Bo­żego. Wie­dzia­łem, że to Je­zus puka do mo­jego serca, abym od­dał Mu swoje ży­cie. To, że wy­cho­wa­łem się w ro­dzi­nie wie­rzą­cej, nie ozna­czało, że będę au­to­ma­tycz­nie zba­wiony. Mu­sia­łem oso­bi­ście za­pro­sić Je­zusa do mo­jego serca i ży­cia. Kiedy skoń­czyło się ka­za­nie i po­wsta­li­śmy do mo­dli­twy, ra­zem ze swoim bra­tem po­de­szli­śmy do przodu i po­pro­si­li­śmy braci o mo­dli­twę. Cho­ciaż nie po­peł­ni­li­śmy ja­kichś wiel­kich grze­chów, gdyż by­li­śmy wy­cho­wy­wani w wiel­kiej kar­no­ści i bo­jaźni Bo­żej, w tej mo­dli­twie od­czu­łem, że zo­stał zdjęty ze mnie wielki cię­żar grze­chu i po­czu­łem się bar­dzo szczę­śliwy i lekki. Wra­ca­jąc do domu późną nocą przez lasy i góry, mie­li­śmy od­czu­cie jak­by­śmy nie szli po ziemi. Rano, kiedy wszy­scy już wstali, po­de­szli­śmy do na­szych ro­dzi­ców i ro­dzeń­stwa i pro­si­li­śmy o prze­ba­cze­nie wszyst­kich prze­wi­nień wzglę­dem nich. Chcie­li­śmy, aby to nowe ży­cie było wszę­dzie nowe. Mie­siąc po moim na­wró­ce­niu zo­sta­łem ochrzczony w Du­chu Świętym.

Je­stem wdzięczny Bogu za ro­dzi­ców, któ­rzy choć nie mo­gli mi dać pra­wie nic z do­cze­snych dóbr ma­te­rial­nych, umieli w bie­dzie wska­zać nam, dzie­ciom, drogę do Je­zusa i za­szcze­pić w nas te war­to­ści, które ni­gdy nie prze­miną. Prze­ży­łem w swoim ży­ciu wiele do­świad­czeń ale one mnie tylko przy­bli­żyły do Boga. Jemu za­wdzię­czam wszystko.